Zatrzymałam się o krok od stolika kawowego. W pokoju pachniało drogim alkoholem, cytrusami i samozadowoleniem. Marek uśmiechał się szeroko, niemal świątecznie — tym uśmiechem, którego używał na firmowych bankietach i spotkaniach, gdy chciał uchodzić za swojskiego faceta, człowieka „z ludu”. Nie zauważył płaszcza. Nie zauważył torebki. Nie zauważył, że stoję nie przy drzwiach do kuchni, ale dokładnie między nim a jego przełożonym. — Elżbieto? — powtórzył, gdy nie ruszyłam się z miejsca. — Co tak stoisz? Kaczka przecież…
Spojrzałam na niego uważnie. Dwadzieścia cztery lata. Znałam każdą zmarszczkę przy jego oczach, każdą intonację. Teraz w jego głosie brzmiała nuta irytacji — ledwo uchwytna, ale dla mnie wyraźna. Tak mówił, gdy kelner spóźniał się z menu albo kierowca podjeżdżał pod złe wejście. — Kaczka stygnie — powiedziałam spokojnie.
— Jak to stygnie? — zmarszczył brwi. — Przecież prosiłem… — Prosiłeś o królewski stół — skinęłam głową. — Był gotowy. Zrobiłam pauzę. — Ale zmiana się skończyła. W pokoju zawisła cisza.
Krzysztof powoli odstawił kieliszek na stolik. Szkło cicho stuknęło o drewno. — Przepraszam… — przeciągnął, przyglądając mi się uważniej, niż wypadało gościowi. — Jaka zmiana? Marek parsknął śmiechem, ale zabrzmiało to sztucznie. — Daj spokój, Krzysztof… Ona żartuje. Elżbieto, nie zaczynaj. Mamy gościa. — Właśnie dlatego — odpowiedziałam. — Weszłam.
Odwrócił się do mnie całym ciałem. — Obraziłaś się? — zapytał tym tonem, którym rozmawiał ze mną od lat, gdy uznawał, że mam humory. — Boże, przecież cię pochwaliłem. Powiedziałem, że gotujesz lepiej niż sprzątaczka. Powoli skinęłam głową. — Tak. Słyszałam. Mrugnął.
— Co… słyszałaś? — Wszystko, Marek. Przez chwilę tylko na mnie patrzył, jakby nie rozumiał słów. Potem roześmiał się krótko, nerwowo. — Stałaś pod drzwiami?
— Tak. — I co, teraz będziesz robić sceny? — zerknął na Krzysztofa, jakby już z góry przepraszał. — To nie czas, Elżbieto. Zwróciłam się do gościa. — Przepraszam, panie Krzysztofie. Widocznie mój mąż zapomniał uprzedzić, że dziś nie zaprosił pana do domu, tylko do pomieszczenia służbowego. Marek pobladł.
— Co ty bredzisz?! — Przecież sam tak powiedział — wzruszyłam ramionami. — Personel pomocniczy z pieczątką w dowodzie. Krzysztof powoli wypuścił powietrze. — Ciekawe określenie. — Elżbieto! — Marek wstał. — Dosyć!
— Nie — powiedziałam cicho. — Teraz właśnie wystarczy. Spojrzałam na niego tak, jak nigdy wcześniej. Nie jak żona. Jak ktoś, kto już podjął decyzję. — Masz rację — mówiłam spokojnie. — Jestem wygodna. Oszczędna. Milczę. Umiem gotować i liczyć pieniądze. Przez dwadzieścia cztery lata pomagałam ci wyglądać na mądrzejszego, bogatszego i bardziej perspektywicznego, niż byłeś.
Otworzył usta, ale podniosłam dłoń. — Nie przerywaj. Zbyt długo mówiłeś sam. Krzysztof odchylił się w fotelu, splatając palce. — Ciekawa kolacja — mruknął. — Dla mnie — owszem — zgodziłam się. — Dla pana może po prostu zaskakująca.
Marek spróbował chwycić mnie za łokieć. — Chodź do kuchni. Natychmiast. Cofnęłam się o krok. — Nie dotykaj mnie. Zastygł.
— Co ty… — Przed chwilą tłumaczyłeś swojemu szefowi, że jestem wytresowana, żeby podawać i nie przeszkadzać. Więc przestałam przeszkadzać. Uśmiechnęłam się. Po raz pierwszy tego wieczoru — naprawdę. — Wychodzę.
— Dokąd niby? — nerwowo się zaśmiał. — W płaszczu… robisz teatr? — Nie, Marek. Zamykam zmianę. — Przestań… — Dokumenty mam w torebce — przerwałam mu. — Karty też. Jak na porządny personel, który dba o rozliczenia. Podszedł bliżej.
— Chcesz mnie ośmieszyć? — Nie. Sam to zrobiłeś. Krzysztof wstał. — Marek… — powiedział powoli. — Chyba już pójdę. — Co?! — Marek gwałtownie się odwrócił. — Dlaczego?
— Bo nie zatrudniam kierowników, którzy mówią o swoich żonach jak o meblach — odparł spokojnie Krzysztof. — I nie lubię ludzi tak pewnych, że nikt ich nie słyszy. W pokoju zrobiło się duszno. Marek przełknął ślinę. — To… to było prywatne. Żart. — Żarty bywają śmieszne — zauważył Krzysztof. — A to było wymowne.