Punkt krytyczny nadszedł w niedzielne popołudnie, czas tradycyjnie zarezerwowany na cichą, świętą, rodzinną kolację. Zebraliśmy się wokół stołu, który polerowałem przez dekady, w powietrzu unosił się zapach pieczeni, nad którą mozolnie pracowałem. Wtedy, bez żadnej prowokacji ani cienia skruchy, mój syn spojrzał na mnie przez stół i rzucił mi spojrzenie, zimne i całkowicie pozbawione uczucia, jakiego oczekuje ojciec.
„Bezużyteczny staruszek” – powiedział.
Słowa nie zawisły po prostu w powietrzu; zdawały się wibrować na ścianach domu, który zbudowałem cegła po cegle. Nie odpowiedziałem. Po prostu żułem dalej, skupiając się na mechanicznym ruchu szczęki, żeby nie widzieli, jak zaciska się moja klatka piersiowa ani jak moje dłonie zaczynają drżeć pod obrusem. Dokończyłem posiłek w ciszy, która przypominała pogrzeb, wstałem i wróciłem do swojego pokoju.