To było pod koniec października, burza burząca stare okna posiadłości, kiedy moja matka zaczęła rodzić z trojaczkami.
Położna i ja byliśmy jedynymi obecnymi na strychu, w ciasnym, słabo oświetlonym pokoju, który pachniał jak antyseptyka i deszcz.
Sam narodziny były szybkie, ale naznaczone napięciem, które mocno wisiało w powietrzu.
Moja matka leżała na wąskim łóżku, jej twarz była maską koncentracji i …
👇 👇 👇 👇 👇