W liście pisano dalej: „Po moim zniknięciu wyjechałem do Włoch. Pracowałem na budowie, nauczyłem się zawodu, a potem dostałem pracę w piekarni. Dziś prowadzę własną firmę. Wszystkiego, co wiem o chlebie i życzliwości, nauczyłem się od pana – chociaż nigdy pan nie powiedział ani słowa”.
Piekarz przetarł dłonią twarz, czując, jak łzy moczą mu brodę. W pudełku znajdował się mały medalion z napisem: „Dla człowieka, który nauczył mnie nie osądzać, lecz rozumieć”. Obok gruby banknot 10 000 lei i zdjęcie młodego mężczyzny, teraz już mężczyzny, uśmiechającego się w nowoczesnej piekarni, z półkami pełnymi złotych bochenków.
„Wysyłam ci te pieniądze nie po to, by zapłacić za skradzione bułki, ale by podziękować ci za ciszę, która odmieniła moje życie. Jeśli kiedykolwiek trafisz do Włoch, moje drzwi stoją przed tobą otworem, tak jak moje serce było wtedy otwarte dla mnie, bez słów”.