Następnego dnia dowiedzieli się, że jego rodzice zginęli w pożarze kilka miesięcy wcześniej i nikt go nie szukał.
Pan Hărășteanu podjął natychmiastową decyzję: chłopiec zostanie. Zorganizował mu ubrania, zapisał do szkoły i od tamtej pory Mihai stał się częścią rodziny.
Minęły lata, a w rezydencji nigdy nie było tak zimno. Pewnego ranka, przy tej kutej żelaznej bramie, Mihai – teraz młody i przystojny, ubrany w garnitur – spotkał kolejne bose dziecko. Spojrzał na nie i uśmiechnął się, rozpoznając siebie w jego oczach.
Ujął go za rękę i powiedział po prostu:
— Wejdź, maleńki. Żadne dziecko nie powinno drżeć przed drzwiami mężczyzny.
I tak dobro uczynione w ponury dzień powróciło, niczym światło, które nigdy nie gaśnie.