— Jak masz na imię?
— Mihai, proszę pana — powiedziało dziecko, pociągając nosem.
Biznesmen pozostał nieruchomy, wpatrując się w ogień w piecu. Klara znała go od lat, ale nigdy wcześniej nie widziała go w takim stanie. Nie był już zimny i zdystansowany, lecz przygnębiony, jakby coś z przeszłości go przytłaczało.
Po kilku sekundach milczenia powiedział: — Pozwól mu skończyć. Potem chcę, żebyś i ty usiadła, Klaro.
Kobieta spojrzała na niego zaskoczona. — Panie, ja…
— Zrób, jak ci powiedziałem — przerwał jej krótko, ale bez wcześniejszego, ostrego tonu.
Mihai skończył jeść i, nie zdając sobie z tego sprawy, zasnął z głową na stole. Klara przykryła mu ramiona czystym ręcznikiem.
— On jest z sierocińca, prawda? — zapytał Hărășteanu, bardziej do siebie. — W zeszłym roku przyszło tu kilka dzieci, żebrząc przy bramie.
— Nie wiem, proszę pana… Widziałam tylko, jak się trzęsie i… Nie mogłam go wypuścić — powiedziała, niemal płacząc.