Trzy żółte samochody, niskie, lśniące, wjechały jeden po drugim na wąską uliczkę. Ludzie się odwracali. Niektórzy wyjmowali telefony. Inni śmiali się z niedowierzania.
Lamborghini.
Zahamowali tuż przed straganem.
Trzech ubranych mężczyzn po prostu z nich wysiadło. Drogo, ale prosto. Podeszli. Elwira spojrzała na nich podejrzliwie. Całe życie uczysz się, że piękne rzeczy nie kończą się na tobie.
Ten w środku uśmiechnął się.
— Ciociu… masz coś, czego już nie ma w sprzedaży?
Cheddar drżał jej w dłoni.
— Andriej? — wyszeptała.
— Matei.