— Jak się nazywacie? — zapytała, wycierając brzeg straganu szmatką.
— Andriej.
— Matej.
— Radu.
Trojaczki. Miały po dziewięć lat. Spały, gdzie się dało. Czasem na dworcu, czasem w opuszczonej piwnicy. Ich ojciec dawno zniknął. Ich matka zmarła. System trochę ich oszukał, a potem pozwolił im odejść.
Od tego dnia Elvira odkładała im porcję każdego wieczoru. Czasem mniejszą, czasem większą. Kiedy nie jadła zupy, jadła przynajmniej chleb z czymś ciepłym na wierzchu. Nikomu o tym nie mówiła. O nic nie prosiła. Nawet o „dziękuję”.
Mijały miesiące. Potem lata.
Dzieci dorastały. Zaczęły przychodzić rzadziej. Potem wcale. Elvira została przy straganie. Z bardziej zgarbionymi plecami. Z bardziej popękanymi dłońmi. Z tym samym upartym sercem.
Pewnego ranka targ się zatrzymał.