Szli powoli, jakby każdy krok był dodatkową prośbą. Elvira wzięła trzy talerze, nie jeden. Napełniła je ciepłą zupą, położyła obok każdego kolejną kromkę chleba i odsunęła je na skraj straganu.
— Siadaj tu, na boksie, nie jedz na stojąco jak psy — powiedziała łagodnym, lecz stanowczym tonem.
Dzieci usiadły. Najpierw jadły w milczeniu. Potem szybciej. Potem w pośpiechu zdradzającym dni pustych żołądków. Elvira patrzyła na nie, nie przeszywając ich wzrokiem, tak jak patrzą ludzie, którzy nauczyli się, że czasem największym żalem jest nie okazywać litości.