Zaczął padać deszcz, gdy trumna została opuszczona do grobu. To było tak, jakby samo niebo postanowiło opłakiwać Olgę Wołkową – kobietę, którą kochał przez dwadzieścia osiem lat. A przynajmniej myślał, że kochał. Andriej stał na skraju grobu, nieświadomy lodowatych kropli spływających po jego twarzy, mieszających się z tym, co mogło być łzami.
Wokół niego tłoczyli się ludzie: wspólnicy, znajomi z biznesu, dalecy krewni, których nie widział od lat. Wszyscy przyjechali pożegnać żonę milionera, ale Andriej wiedział, że większość z nich przyszła zobaczyć jego. Żeby zobaczyć, jak najbogatszy człowiek w regionie chowa swoją żonę.
„Andriej Michajłowiczu” – powiedział cicho jego kierowca, Stepan, dotykając jego ramienia. „Samochód czeka”.
Wołkow skinął głową, ale się nie poruszył. Spojrzał na świeżą stertę ziemi, na białe lilie, które Olga tak kochała, i próbował sobie przypomnieć jej twarz. O dziwo, obraz rozmazał się, niczym odbicie w mętnej wodzie. Przez ostatnie pięć lat choroby widywał ją tak często, wyczerpaną i wyniszczoną, że prawie zapomniał, jaka kiedyś była: pogodna, z czystym głosem i dołeczkami w policzkach.
Tłum zaczął się przerzedzać. Ludzie podchodzili, ściskali sobie dłonie, mamrotali kondolencje. Andriej kiwał głową odruchowo, nie słysząc ani jednego słowa. W głowie kołatała mu się tylko jedna myśl: został sam. Zupełnie sam. Nie mieli dzieci.
Lekarze powiedzieli im to w pierwszym roku małżeństwa: Olga nie może mieć dzieci. Próbowali wszystkiego: najlepszych specjalistów, zagranicznych klinik. Olga nalegała nawet na wizytę u jakiegoś uzdrowiciela w odległej wiosce. Andriej nie wierzył, ale nie mógł jej odmówić. Nic nie pomagało. Z czasem pogodził się z tym, ale Olga nigdy sobie tego nie wybaczyła. Może dlatego zachorowała: z tęsknoty, z pustki, z niespełnionych nadziei na macierzyństwo.
„Czas już najwyższy” – przypomniał Stepan ponownie.
Tym razem Andriej posłuchał. Powoli, jak starzec, ruszył w stronę wyjścia z cmentarza. Stopy zapadły mu się w rozmokłą od deszczu ziemię, czarny płaszcz przemókł, ale to wszystko nie miało znaczenia. Nic innego się nie liczyło.
Staruszka siedziała przy kutej żelaznej bramie cmentarza, pod markizą starego przystanku autobusowego. Andriej dostrzegł ją z daleka: skulona postać w ciemnej chuście na głowie, z sękatymi dłońmi złożonymi na kolanach. Żebraczka, taka, jaką często widuje się w pobliżu cmentarzy. Zawsze się tu pojawiają, wiedząc, że ludzie po pogrzebie są hojniejsi niż zwykle, że smutek zmiękcza serca i rozluźnia portfele.
Andriej się zatrzymał. Sięgnął do wewnętrznej kieszeni kurtki i wyciągnął portfel. Nie patrząc, wyciągnął kilka dużych banknotów – dziesięć tysięcy, może więcej – i podał je staruszce.
„Pamiętaj o służebnicy Bożej Oldze” – powiedział ochryple.
Staruszka uniosła głowę. Jej oczy były dziwne: jasne, niemal przezroczyste, z żółtawymi białkami. Oczy kogoś, kto widział za dużo. Wzięła pieniądze, nie licząc ich, schowała je gdzieś w fałdach bezkształtnej szaty, a potem spojrzała na Andrieja, jakby zaglądała mu w głąb duszy.
„A co powiesz swojej córce?” zapytała cicho.
Andriej zamarł. Jego stopy zdawały się wrastać w mokry asfalt. Serce, które do tej pory biło równo i głucho, nagle zadrżało i straciło rytm.
„Co?” zapytał ponownie, myśląc, że źle usłyszał.
„Mojej córce, powiedziałam” – powtórzyła staruszka, a w jej głosie nie było ani kpiny, ani groźby. Tylko dziwny, niemal macierzyński smutek. „Co jej teraz powiesz?”
„Nie mam córki” – powiedział powoli Andriej. „Nigdy jej nie miałem”.
Staruszka pokręciła głową. Jej wąskie usta rozciągnęły się w coś na kształt uśmiechu – gorzkiego, świadomego.
– Tak, kochanie. Tak. Niedługo minie trzydzieści lat.
Stepan już otworzył drzwi samochodu i czekał. Deszcz się wzmagał, zmieniając się w ulewę. Ale Andriej nie mógł się ruszyć. Spojrzał na staruszkę, a znajomy światopogląd, który pielęgnował od dziesięcioleci, powoli się w nim rozpadł.
„Masz omamy” – powiedział, ale głos go zdradził. „Mylisz mnie z kimś innym”.
„Wołkow Andriej Michajłowicz” – powiedziała spokojnie staruszka. „Właściciel holdingu Siewiernaja Gwiazda. Żonaty z Olgą Siergiejewną Wołkową z domu Szarowa. Bezdzietny. Tak jest napisane w dokumentach. Ale życie – pisze inne dokumenty”.
Andriej poczuł, jak grunt pod nogami mu się zapada. Skąd ten obdartus znał jego pełne imię? Nazwisko panieńskie jego żony? To nie mógł być zbieg okoliczności. To nie mogły być brednie jakiegoś półgłówka.
„Kim jesteś?” Podszedł do staruszki, górując nad nią. „Czego chcesz? Pieniędzy? Ile?”
Staruszka podniosła rękę, a ten gest był tak potężny, tak niespodziewany w jej żałosnym wyglądzie, że Andriej mimowolnie się cofnął…
Przeczytaj więcej, klikając przycisk ( DALEJ »» ) poniżej!