Michał stał z kieliszkiem uniesionym w połowie drogi do ust, jakby czas zatrzymał się dokładnie w tym momencie. Klara ściskała dłoń, próbując zsunąć pierścionek, ale teraz, pod spojrzeniem matki, palce drżały jej jeszcze bardziej. Złoto rozsypane po parkiecie błyszczało szyderczo, a jego dźwięk wciąż zdawał się wisieć w powietrzu. Elżbieta nie rzuciła się, by zbierać biżuterię. Nie pochyliła się. Nie policzyła niczego. Zrobiła tylko dwa kroki do przodu i zatrzymała się przy stole, tak blisko, że Michał poczuł chłodny zapach zimy, który przyniosła ze sobą z zewnątrz. — Pijecie z butelki Roberta — powiedziała cicho. Nie było w tym oskarżenia, tylko suchy fakt. Michał otarł usta grzbietem dłoni, próbując odzyskać pewność siebie. — Mamo… my… tylko rozmawialiśmy. To nie tak, jak myślisz. — Rozmawiałeś o mnie jak o „martwym kapitale” — ciągnęła Elżbieta. — O moim mieszkaniu jak o „balastie”. O moim życiu jak o czymś, co można przenieść na wieś, żeby wam nie przeszkadzało. A o moim pierścionku jak o czymś, co się tnie. Klara spróbowała się uśmiechnąć. Był to mały, krzywy uśmiech, taki, którym zwykle rozbrajała ludzi. — Mamo, nie gniewaj się… ja tylko żartowałam. Proszę, oddam go.

— To nie fair. Jesteśmy twoimi dziećmi. Też mamy prawa.

Elżbieta przechyliła głowę, spokojnie, aż zrobiło się to niepokojące.

— Macie prawo mnie szanować. Macie prawo pytać. Macie prawo wstydzić się, kiedy popełnicie błąd. Ale nie macie prawa wchodzić tu jak obcy i dzielić moje życie na części.

Podeszła do stołu, wzięła butelkę armagnacu i starannie włożyła korek na miejsce, jakby opatrywała ranę. Potem spojrzała na nich uważnie.

— Wiecie, co jest najciekawsze? — powiedziała. — Ja naprawdę rozważałam sprzedaż tego mieszkania.

Michał i Klara spojrzeli na siebie. W ich oczach pojawił się ten sam brzydki błysk: nadzieja.

— No widzisz! — Michał odezwał się szybko. — Dokładnie to mówiłem. Możemy wszystko załatwić spokojnie.

Elżbieta skinęła głową.

— Tak. Ale nie dla was.

Klara zesztywniała.

— Jak to… nie dla nas?

— Dla mnie. Dla mojego spokoju. I dla lekcji. Lekcji, której nie nauczyliście się, gdy Robert jeszcze żył.

Michał spróbował się zaśmiać, ale zabrzmiało to fałszywie.

— Mamo, nie możesz robić głupstw w złości.

— Mogę — odpowiedziała Elżbieta. — I zrobię dokładnie to, co trzeba.

Odwróciła się w stronę przedpokoju, wyjęła telefon z torebki i spojrzała na ekran.

— Do kogo dzwonisz? — zapytała Klara, zaniepokojona.

— Do Luizy. Podziękować jej za „idealny klimat” i troskę. I uprzedzić, że następnym razem sama wyjaśnię jej, co znaczy wtrącać się w cudze życie.

Michał zrobił krok w jej stronę, po czym się zatrzymał. Spojrzenie Elżbiety go unieruchomiło.

— Nie podchodź, Michale.

Pierwszy raz wypowiedziała jego imię tak chłodno. Jak do obcego.

Klara spuściła wzrok i zaczęła zbierać biżuterię bez słowa. Ręce miała szybkie, nerwowe. W końcu spróbowała zdjąć pierścionek. Szarpała, przekręcała, syknęła z bólu, a w oczach stanęły jej łzy. Elżbieta patrzyła bez ruchu — nie z okrucieństwem, lecz z tą samą surową spokojnością, z jaką patrzy się na konsekwencje.

Gdy pierścionek wreszcie zsunął się z palca, Klara wrzuciła go do pudełka jak coś brudnego.

Michał zacisnął szczęki.

— Mamo… porozmawiajmy. Zrobiliśmy źle, zgoda. Ale nie możesz nas tak wyrzucić.

Elżbieta wskazała drzwi.

— Mogę. I robię to. Teraz.

— A jeśli nie wyjdziemy? — spróbował jeszcze.

Elżbieta uniosła telefon. W jej głosie nie było teatralnej groźby, tylko decyzja.

— Wtedy dzwonię na policję i mówię, że w moim mieszkaniu są dwie osoby, które nie chcą wyjść, a moje rzeczy są porozrzucane, a alkohol otwarty.

Klara podniosła głowę gwałtownie.

KONTYNUUJ CZYTANIE NA NASTĘPNEJ STRONIE 🥰💕

←PoprzedniNastępny→

Leave a Comment