Wyciągnęła rękę, ale Elżbieta nawet nie spojrzała na pierścionek. Jej wzrok zatrzymał się na palcu Klary, zbielałym od nacisku złota i wstydu.
— Nie. Nie oddajesz mi go. Odkładasz go.
Klara zamrugała szybko.
— Jak to?
— Odkładasz. Teraz.
Michał odstawił kieliszek na stół z przesadnie stanowczym ruchem.
— Daj spokój, mamo. Nie rób scen. My myślimy o twoim dobru. O twoim zdrowiu. Potrzebujesz świeżego powietrza, nie tego miejskiego zgiełku.
Elżbieta zaśmiała się krótko, bez cienia radości.
— Moje dobro? Moje zdrowie? Wiesz, co jest dla mnie dobre? Wejść do własnego domu i nie zastać dzieci z rękami w moich szkatułkach, z otwartą moją butelką i planami układanymi ponad moją głową. To jest dla mnie dobre.
Zdjęła rękawiczki powoli, jakby nawet ten gest musiał być pod kontrolą. Wskazała na podłogę.
— Zbierajcie.
— Co mamy zbierać? — zapytał Michał, urażony.
— Wszystko. Złoto. Pudełka. Korek. I wasze pomysły. Zbieracie to i wychodzicie.
Klara uklękła, zbierając biżuterię, ale jeszcze próbowała się bronić.
— Mamo, ja chciałam pomóc. Jeśli już nie ogarniasz tego mieszkania…
— Radzę sobie doskonale — przerwała Elżbieta. — Od pięciu lat radzę sobie bez Roberta. I jak widać, bez was.
Słowa opadły ciężko. Michał otworzył usta, ale nic nie powiedział. Klara za to zaczerwieniła się i syknęła:
KONTYNUUJ CZYTANIE NA NASTĘPNEJ STRONIE 🥰💕
Następny→