Léonard stał w drzwiach. — Czekam. Wyprostowała się. — W tym, że ja już tu nie mieszkam, Léonardzie. Cisza zawisła ciężka jak wilgotny koc. — Co za bzdury? — To nie bzdury. Postawiła torbę na stole i rozpięła zamek. Wyjęła teczkę i położyła przed nim. — Złożyłam pozew o rozwód. Roześmiał się. Nerwowo, krótko. — Ty? Złożyłaś? Kiedy zdążyłaś? — Dzisiaj rano. — Przez naczynia? Ty mówisz poważnie? — Nie. Nie przez naczynia. Spojrzała mu prosto w oczy. — Przez to, że przez sześć lat istniałam obok ciebie, a nie z tobą. Przez to, że w każdą sobotę czułam się zbędna we własnym domu. Przez to, że nigdy nie zauważałeś, kiedy mnie bolało. I przez to, że nawet teraz myślisz, że chodzi o talerze. Léonard pobladł. — To… to jakaś histeria. Ochłoniesz. — Nie. Ja już ochłonęłam. Słowa zabrzmiały niemal czuło. I przez to stały się ostateczne. Podszedł do stołu, przekartkował dokumenty. Jego palce stały się niezgrabne. — Nie możesz po prostu wstać i odejść. — Mogę. — A co z… — zająknął się. — A co ze wszystkim? — Wszystko, czyli co? — zapytała cicho. Nie odpowiedział. Camille wzięła torbę. — Mieszkanie zostaje przy mnie. Wiesz o tym. Kupiłam je przed ślubem. Gwałtownie podniósł głowę.
←PoprzedniNastępny→