Marcin stał w przejściu jak zapora.

Delikatnie, ale stanowczo odsunęła jego dłoń. Cofnął ją odruchowo, jakby się sparzył. — Zawsze było dobrze — prychnął. — Przesadzasz. Moja rodzina zawsze mogła na ciebie liczyć. — Właśnie — odpowiedziała. — Zawsze. Beze mnie nic by się nie odbyło. Bez Karoliny jakoś dawali sobie radę. Na dźwięk imienia siostry jego twarz znów stwardniała. — Karolina ma dzieci. — A ja mam granice — powiedziała Anna. — I dziś po raz pierwszy ich nie przesuwam.

Przeszła obok niego i wyszła do przedpokoju. Serce biło jej szybko, ale każdy kolejny ruch był zaskakująco pewny. Założyła kurtkę, wsunęła buty. Marcin stał w drzwiach kuchni, jakby nie wiedział, czy powinien ją zatrzymać, czy jeszcze raz spróbować rozkazu. — Gdzie idziesz? — zapytał. — Tam, gdzie nikt nie mówi mi, co mam robić — odpowiedziała. — Wrócisz — rzucił. — Zawsze wracałaś. Anna zatrzymała się przy drzwiach. — Nie tym razem.

←PoprzedniNastępny→

Leave a Comment