Wstałam powoli. Nogi miałam jak z waty, ale głos twardy.
– Dziękuję za obiad – powiedziałam. – Zadzwonię po taksówkę.
– Mamo, poczekaj – odezwała się wreszcie Marzena, ale nie odwróciła się od zlewu. – Nikt cię do niczego nie zmusza. My tylko…
– Wy tylko co? – Głos mi się nie załamał. Byłam z siebie dumna. – Chcecie mnie oddać obcym ludziom, bo tak będzie wygodniej? Bo mieszkanie na trzecim piętrze w centrum Olsztyna ładnie by się sprzedało?
– Pani Lucyno, to nie tak… – zaczął Dariusz.
– A jak? – Spojrzałam na niego. – Dwadzieścia lat nie interesowałeś się, gdzie mieszkam. A teraz nagle nie jest „optymalne”?
Marzena odwróciła się. Miała mokre oczy i ręce w żółtych gumowych rękawicach. Wyglądała żałośnie i kochałam ją tak bardzo, że bolało.
– Mamo, ja się o ciebie boję – powiedziała cicho.
– To się bój. Ale bój się przy mnie, a nie zamiast mnie.
Wróciłam do domu taksówką. Trzydzieści złotych i cisza w samochodzie – najlepsza podróż tego wieczoru. Weszłam na swoje trzecie piętro, każdy stopień jak mały triumf. Zamknęłam drzwi. Usiadłam w fotelu Staszka.