I wtedy zrozumiałam jedną rzecz. Nie to, że moje dzieci mnie nie kochają. Kochają. Na swój sposób, w swoim grafiku, między sprawami w sądzie a konferencjami w Gdańsku. Kochają mnie tak, jak ja kochałam swoje szycie – uczciwie, ale z głową przy maszynie, patrząc na zegarek. Przez trzydzieści lat pracowałam dla nich i byłam dumna, że nie muszą pracować tak jak ja. Ale nikt mnie nie uprzedził, że cena za ich lepsze życie będzie moje puste mieszkanie.
Trzydzieści lat pracowałam w fabryce, żeby dzieci miały lepiej. Na moje siedemdziesiąte urodziny złożyli się na kosz kwiatów z dostawą
