Marysia zawsze podchodziła ostrożnie do grobu taty, a potem, jakby przypadkiem, do sąsiedniego, starego, z ciemnym kamieniem i wyblakłym zdjęciem. Tam kładła chleb. Nie rzucała go byle jak, układała starannie, jakby rozkładała mały stół. Potem odchodziła cicho, nic nie mówiąc.
Tak trwało prawie rok. Każdej niedzieli to samo — chleb, małe ukłony, odchodzenie. A ja… przyznaję, że coraz częściej czułam niepokój. Kim był ten ktoś z sąsiedniego grobu? Dlaczego Marysia tam zostawiała chleb?
Wreszcie pewnej niedzieli nie wytrzymałam. Kiedy znowu układała kromki na starym nagrobku, pochwyciłam ją za rękę i cicho zapytałam:— Córeczko, zostawiasz ten chleb dla ptaków?
Marysia spojrzała na mnie spokojnie, prawie poważnie jak mała dorosła:— Nie.
— To dla kogo wtedy? — dopytałam, serce mi mocno biło.
←PoprzedniNastępny→