Człowiek, przez którego wyprowadziłam się z domu w wieku osiemnastu lat. Człowiek, którego imienia nie wymawiałam od lat.
Zamek pękł. Drzwi otworzyły się z hukiem.
Wszedł do środka tak, jakby miał do tego prawo. Zapach alkoholu. Gniew w oczach. I to znajome uczucie, że przestrzeń wokół mnie nagle stała się zbyt mała.
— Myślałaś, że możesz się ukryć? — powiedział.
Cofałam się w stronę stołu, gdzie leżał telefon. Nie krzyczałam. Wiedziałam, że panika daje mu przewagę.
Zrobił krok bliżej.
I wtedy nacisnęłam przycisk alarmowy w wojskowej aplikacji bezpieczeństwa. Czerwona ikona, o której mówiono nam na szkoleniu. Sygnał alarmowy dla żandarmerii wojskowej.
Nie zauważył.
Mówił dalej — o „rodzinie”, o „niewdzięczności”, o tym, że „mama się martwi”. Ale ja już nie słuchałam. Liczyłam sekundy.
Trzydzieści.
Czterdzieści.
←PoprzedniNastępny→