Pod jednym dachem: Historia samotnej matki z Krakowa

Pewnego wieczoru, kiedy dzieci już spały, usiadłam przy kuchennym stole i zaczęłam płakać. — Boże, dlaczego ja? — pytałam w pustkę. Wtedy przypomniałam sobie, jak piekłam z mamą ciasta na święta. To były jedyne chwile, kiedy czułam się naprawdę szczęśliwa. Postanowiłam spróbować — upiekłam szarlotkę i zaniosłam ją do lokalnej kawiarni. Właścicielka, pani Basia, spróbowała i powiedziała: — Marta, masz talent. Może spróbujesz piec dla nas?

Zaczęłam piec nocami, kiedy dzieci spały. Rano odprowadzałam je do przedszkola, a potem biegłam z blachami ciast przez pół miasta. Byłam zmęczona, ale pierwszy raz od dawna czułam, że mam cel. Z czasem zamówień było coraz więcej. Zosia pomagała mi mieszać składniki, a Kuba z dumą mówił w przedszkolu: — Moja mama piecze najlepsze ciasta na świecie!

Nie było łatwo. Zdarzało się, że nie miałam na prąd, a dzieci jadły tylko chleb z masłem. Kiedyś Zosia zapytała: — Mamo, dlaczego nie mamy nowych butów? — Zrobiło mi się wstyd, ale przytuliłam ją mocno i obiecałam, że kiedyś wszystko się zmieni.

Najgorsze były święta. Wszyscy wokół śmiali się i składali sobie życzenia, a ja czułam się samotna jak nigdy. Paweł nie dzwonił, nie interesował się dziećmi. Z czasem przestałam na niego czekać. Skupiłam się na tym, co mogłam zrobić dla siebie i dla moich dzieci.