Wracałam do Olsztyna i płakałam. Ale nie ze złości. Płakałam, bo przez osiemnaście miesięcy choroby, przez te wszystkie noce na kanapie, przez to zmęczenie i poświęcenie – byłam przekonana, że znam swojego ojca.
Znałam pacjenta. Znałam tatę, który potrzebuje leków o dwudziestej drugiej. Nie znałam mężczyzny, który wieczorami pisał listy do kobiety nad jeziorem i bał się córki bardziej niż raka.
Spotkałam się z Grzegorzem. Porozmawialiśmy z Agnieszką. Ustaliliśmy wszystko jak dorośli ludzie – bez prawników, bez kłótni. Agnieszka przyjęła działkę i trochę oszczędności. Mieszkanie zostało w rodzinie.
Czasem jeżdżę nad to jezioro. Siadam na ganku z Agnieszką, pijemy herbatę. Opowiada mi o tacie, którego nie znałam. O człowieku, który się śmiał, żartował, planował podróże, które nigdy się nie odbyły. Patrzę na nią i myślę, że tata miał rację, że się bał. Bo gdyby mi powiedział wcześniej – nie wiem, czy bym zrozumiała.
Teraz rozumiem. I żałuję tylko jednego – że nie zdążyłam mu powiedzieć, że to było w porządku.