Cisza. Długa cisza. Potem brat powiedział cicho:
– Renata, usiądź.
– Siedzę.
– Tata mi o niej wspomniał. Raz. Z pół roku temu. Myślałem, że żartuje, albo że to leki.
Grzegorz mówił urywanymi zdaniami. Że tata podczas jednego z jego weekendowych wizyt, wieczorem, przy herbacie, powiedział coś o “kobiecie, która mu pomogła, kiedy mama odeszła”.
Nasza mama zmarła dwanaście lat temu na udar. Tata był wtedy w rozsypce. Przez pierwsze miesiące nie wychodził z domu. Potem powoli wrócił do życia – spacery, działka, brydż z kolegami z osiedla.
– Myślałem, że chodzi o kogoś z brydża, o sąsiadkę – Grzegorz się jąkał. – Nie pytałem dalej.
Nie spałam dwie noce. Trzeciej nocy zaczęłam szukać. W papierach taty, w szufladach, w kieszeniach marynarek. Znalazłam jedno zdjęcie – małe, kolorowe, wsunięte między strony książki Sienkiewicza. Kobieta, może sześćdziesięcioletnia, drobna, w granatowej kurtce, na tle jeziora. Z tyłu dopisek ołówkiem: “Mikołajki, czerwiec”.
To Agnieszka Walczak miała klucz do zagadki ostatnich lat mojego ojca.
Znalazłam ją przez księgę wieczystą – figurowała jako właścicielka niewielkiego domu pod Mikołajkami. Pojechałam tam w sobotę, sama. Adam chciał jechać ze mną, ale odmówiłam. To była sprawa między mną a tatą. A tata już nie mógł odpowiedzieć.
Dom stał na końcu żwirowej drogi, wśród sosen. Mały, zadbany, z gankiem pełnym doniczek. Otworzyła mi kobieta ze zdjęcia – drobna, z siwymi włosami zaplecionymi w luźny warkocz.
– Pani Renata – powiedziała. Nie zapytała, kim jestem. Wiedziała.
Zaprosiła mnie do środka. Wnętrze było skromne, czyste, z półkami pełnymi książek. Na komodzie stało zdjęcie taty – młodszego, uśmiechniętego, jakiego nie widziałam od lat. Na parapecie leżały jego okulary do czytania. Te drugie, których szukałam po całym mieszkaniu.