„Wy przyjeżdżacie na godzinę. Potem wracacie do swoich spraw. A ja zostaję tu z ciszą.”
Chciałam coś powiedzieć, ale zabrakło mi słów. Bo to była prawda.
Ślub był mały. Urząd. Dwie osoby z sąsiedztwa jako świadkowie. Nie było nas.
Dwa dni później dziadek zadzwonił do mamy.
„Tato?” — odebrała Ewa, już z nadzieją w głosie.
„Nie przyjeżdżajcie” — powiedział. Krótko. Bez wstępu.
„Co?”
„Nie chcę kazań. Nie chcę patrzeć, jak się krzywicie. Wam chodzi o Marię, ale w złym sensie. Jakby była pałką do bicia mnie po głowie.”
„Tato, my się boimy…”
„Czego? Że ludzie coś powiedzą?”
Mama zamilkła.
„Właśnie.”
I rozłączył się.