Dziadek wtedy powiedział coś, co do dziś słyszę w nocy.
„Myślę pierwszy raz od śmierci Marii, że jeszcze żyję.”
I zrobiło się cicho. Tak cicho, że słychać było zegar.
Następnego dnia rozeszło się po wsi szybciej niż dym z komina. „Jan bierze Krystynę”. „Taka miłość na starość”. „Pewnie mu ktoś namieszał”. „A dzieci? A wnuki?”
I my też zaczęliśmy grać w tę grę. W wypada i nie wypada. W co ludzie powiedzą. W żałobę odmierzaną kalendarzem.
„Nie pójdę na ten ślub” — powiedziała Halina. „Nie będę firmować.”
Mama płakała po kątach, ale do dziadka mówiła twardo: „Tato, poczekaj. Daj nam czas. To za szybko.”
Ja pojechałam do niego sama. Usiadłam naprzeciwko, przy tym samym stole, przy którym babcia lepiła pierogi.
„Dziadku… ty ją kochasz?” — zapytałam wprost.
Popatrzył na mnie długo. „Nie wiem, czy to jest taka miłość jak z Marią. Ale wiem, że jak Krystyna nalewa mi herbatę, to nie boli mnie tak bardzo.”
„A my?”