Wtedy pierwszy raz podniósł głos.
„Przestań się zachowywać jak wariatka! Jakbyś była… nie wiem… jakbyś nie rozumiała życia!”
Zrobiło mi się zimno. W jednej sekundzie zobaczyłam siebie sprzed lat. Zmęczoną. Spłakaną. Przepraszającą za cudze winy.
Wyjęłam telefon i zadzwoniłam do Ani.
„Przyjedź.”
„Co się stało?”
„Przyjedź, proszę.”
Marek prychnął.
„O, już rodzinę wzywasz? Będziesz mnie kompromitować?”
„Kompromituję się codziennie, Marek. Przed sobą.”
Podszedł bliżej.
„Irena, nie wygłupiaj się. Ja cię kocham. Wiesz, że cię kocham.”
„Nie. Ty kochasz mój dom. Moją lodówkę. Moje konto. Moje pranie.”
Zamilkł. A potem powiedział to, co mnie ostatecznie obudziło:
„Bez mnie i tak nikt cię nie zechce.”
Jakby uderzył mnie w twarz.