Punkt kulminacyjny przyszedł w czwartek. Wracałam z przychodni. W torbie wyniki, recepty, stres. W domu cicho. Za cicho.
W sypialni szuflada z biżuterią była uchylona.
Serce mi stanęło.
„Marek!” — krzyknęłam.
Wyszedł z łazienki w moim szlafroku.
„Co?”
„Gdzie jest mój złoty łańcuszek? Ten po mamie.”
Popatrzył na mnie bez mrugnięcia.
„Oddałem do lombardu.”
Zatkało mnie.
„Co ty zrobiłeś?”
„Irena, nie rób afery. Potrzebowałem. Oddam.”
„To było po mojej mamie.”
„No i co? To tylko rzecz.”
„Tylko rzecz?”