„Nie, proszę pani, to moja kobieta.”
A ja udawałam, że nie boli.
Najgorsze przyszło, kiedy zaczęły znikać pieniądze.
Najpierw stówka. Potem dwie. Potem „pożyczyłem, oddam”.
„Marek, gdzie są pieniądze z koperty?” — zapytałam raz.
Wzruszył ramionami.
„A co, liczysz? Nie ufasz mi?”
„To były na leki.”
„Zawsze tylko leki, leki, leki. Ty żyjesz jak staruszka.”
Staruszka.
To powiedział człowiek, który brał ode mnie wszystko.
I wtedy zaczęło się to, co u nas w Polsce tak dobrze znamy: presja, żeby „jakoś to było”.
„Irena, chłop ci jest potrzebny” — powiedziała ciotka Halina przez telefon. — „Co ludzie powiedzą, jak znów zostaniesz sama?”
„A co powiedzą, jak umrę z przemęczenia?” — odburknęłam.
„Nie dramatyzuj.”
Nie dramatyzuj. Zawsze.