— Naprawdę myślisz, że tak można żyć, Aniu? — głos Pawła odbił się echem w kuchni, a ja poczułam, jakby ktoś wylał na mnie kubeł lodowatej wody. Stałam przy zlewie, z rękami zanurzonymi w pianie, a łzy już cisnęły się do oczu. W tej chwili wiedziałam, że nic nie będzie już takie samo.
Od miesięcy czułam, że coś się zmienia. Paweł wracał późno z pracy, coraz częściej milczał przy kolacji, a ja próbowałam nie zadawać pytań, żeby nie wywołać burzy. Ale tego wieczoru nie mogłam już dłużej udawać, że wszystko jest w porządku.
— O czym ty mówisz? — zapytałam, starając się, by mój głos nie drżał.
Paweł spojrzał na mnie z rezygnacją. — O nas. O tym, że od dawna nie jesteśmy szczęśliwi. Ty żyjesz swoim życiem, ja swoim. To nie ma sensu.
Wtedy poczułam, jakby ktoś wyrwał mi serce. Przecież robiłam wszystko, żeby nasza rodzina była szczęśliwa. Pracowałam na pół etatu w bibliotece, żeby mieć czas dla dzieci, gotowałam obiady, dbałam o dom. A jednak to nie wystarczało.
Przez kolejne dni chodziłam jak cień. Dzieci — Zosia i Michał — wyczuwały napięcie, choć starałam się ukrywać łzy. Mama zadzwoniła, jak co tydzień, i od razu wyczuła, że coś jest nie tak.