Cienki, drżący głos przebił się przez szum deszczu. Sebastián spuścił wzrok. Przed nim stała drobna postać. Dziewczynka, może siedmioletnia, w za dużym, zmechaconym swetrze, który przemókł do suchej nitki. Jej ciemne oczy były nienaturalnie duże i poważne, a twarz przybrudzona smugami miejskiego pyłu. W wyciągniętej dłoni trzymała połowę czerstwej bułki, owiniętą w pogniecioną serwetkę.
— „Może pan to wziąć” — powtórzyła, przekrzywiając głowę. — „Wiem, jak to jest, kiedy brzuch boli z niejedzenia. Mój boli od wczoraj, ale pan wygląda na smutniejszego”.
Wstyd uderzył Sebastiána niczym fizyczny cios. On, milioner opłakujący swój los w jedwabnym krawacie, przyjmował ofertę ostatniego posiłku od dziecka, które nie miało nic.
— „Nie, kruszynko” — wychrypiał, kucając przed nią w błocie, nie dbając o zniszczone spodnie. — „Nie jestem głodny. Po prostu… zgubiłem kogoś bardzo ważnego”.
Dziewczynka przyjrzała mu się uważnie, po czym schowała bułkę do kieszeni swetra.— „Mój tata też nas zgubił” — szepnęła. — „Mama mówi, że zapomniał drogi do domu. Ale ja zostawiam mu znaki na murach, żeby wiedział, gdzie jesteśmy”.
Sebastián poczuł ucisk w gardle. Wyjął z portfela plik banknotów, ale gdy chciał je jej podać, zawahał się. Pieniądze nie wysuszą jej ubrań ani nie dadzą jej bezpieczeństwa.— „Gdzie jest twoja mama?” — zapytał.
— „Tam, w bramie. Jest bardzo chora. Nie może wstać, żeby kupić mi chleb”.
←PoprzedniNastępny→