Wyciąg z konta leżał na blacie między deską do krojenia a słoikiem z solą, kiedy zobaczyłam tę kwotę. Trzy tysiące dwieście złotych. Transakcja z zeszłego wtorku, godzina dwudziesta druga czternaście.
Sklep internetowy, którego nazwy nie rozpoznawałam. Odłożyłam nóż, którym właśnie kroiłam cebulę, i przeczytałam jeszcze raz. Potem jeszcze raz.
Kartę dałam Darkowi trzy dni wcześniej. Poprosił, kiedy wpadł po obiedzie – jak zwykle w niedzielę. Powiedział, że jego karta się rozmagnesowała, a musi jeszcze wjechać na stację i kupić kilka rzeczy w Biedronce. Że odda mi gotówkę w przyszłym tygodniu. Nie zastanawiałam się. To mój syn.
Mam na imię Jolanta i od trzydziestu jeden lat pracuję w administracji szpitalnej. Mąż, Bogdan, odszedł dziesięć lat temu – nie umarł, po prostu odszedł do innej kobiety, zostawiając mnie z dwójką prawie dorosłych dzieci i kredytem na mieszkanie.
Córka Paulina wyjechała do Gdańska, tam skończyła studia, pracuje, dzwoni regularnie. Darek został. Miał dwadzieścia lat, kiedy ojciec wyszedł z domu z jedną walizką. Chyba nigdy mu tego nie wybaczył, choć nigdy tego nie powiedział wprost.
Następny→