Teść Stanisław po dwóch zawałach nie pracował od lat, a teściowa Irena dorabiała na pół etatu w szatni przychodni, dopóki kolana pozwalały. Ich emerytury ledwo starczały na jedzenie i leki.
Wojciech sam zaproponował, żebyśmy pomagali. Pracowałam wtedy w aptece, on jeździł ciężarówkami po całej Polsce. Zarabialiśmy przyzwoicie, choć nie bogato – mieliśmy kredyt na własne mieszkanie i dwóch synów w szkole. Ale kiedy teść pokazał nam rachunek za gaz, który zjadał jedną trzecią ich emerytury, nie potrafiłam odmówić.
Zaczęło się niewinnie. Prąd. Gaz. Potem leki teścia – kardiologiczne, na ciśnienie, na cukrzycę. Potem większe zakupy spożywcze, bo Irena nie dawała rady dźwigać siatek ze sklepu. Potem wymiana pieca, bo stary groził zatruciem czadem. Potem nowe okna w kuchni. Potem łazienka, bo teść po trzecim zawale potrzebował prysznica zamiast wanny.
Nigdy tego nie liczyłam. Naprawdę nie liczyłam. Wojciech co miesiąc przelewał im pięćset, sześćset złotych, czasem więcej. Ja dokładałam się do leków i jedzenia. Na święta pakowałam im pełną torbę – szynka, sery, ciasta, owoce. Na Wielkanoc to samo. I jeszcze urodziny teściowej, imieniny teścia, Dzień Babci, bo przecież wnuki muszą przyjść z kwiatami.
Wojciech miał brata. Dariusz. Młodszy o sześć lat, mieszkał w Toruniu z drugą żoną. Przyjeżdżał do rodziców raz na dwa, trzy miesiące. Czasem na Wigilię. Czasem na Wielkanoc. Nigdy na oba. Dzwonił w niedziele, krótko – „cześć mamo, jak zdrowie, to pa, ucałowania”. Finansowo nie pomagał.
Raz, jedyny raz, gdy teść leżał w szpitalu po trzecim zawale i potrzebne były pieniądze na prywatną wizytę u kardiologa, poprosiłam Dariusza o połowę. Odpowiedział, że jest po rozwodzie i na alimentach. To było pięć lat temu. Od tamtej pory nie prosiłam.
←PoprzedniNastępny→