Mleko, które odciągnęłam, starannie opisane datami i godzinami, znikało szybciej, niż nasze dziecko zdążyło je wypić.
Zaczęłam liczyć torebki.
Dokładnie wiedziałam, ile mleka wyprodukuję. Śledziłam wszystko. Mimo to zapasy w zamrażarce wciąż się kurczyły.
Zaczęło narastać w nim ciche podejrzenie.
Dokąd on to bierze? Dla kogo?
Pewnego popołudnia zapytałam swobodnie: „Mleko, które odciągnęłam wczoraj… gdzie się podziało?”.
Zawahał się – tylko na chwilę.
„Może wyrzuciłam je przez pomyłkę” – powiedział z niepewnym uśmiechem.
Nie leżało dobrze.
Następnej nocy udawałam, że śpię.
O 2:17 wstał ostrożnie z łóżka, jakby chciał mnie nie budzić. Otworzył lodówkę, wyjął kilka opisanych torebek, włożył je do płóciennego worka i wyszedł.
Serce waliło mi tak głośno, że bałam się, że je usłyszy.
Poczekałam kilka minut.
Potem owinęłam ramiona szalem, zostawiłam córkę śpiącą obok mamy – która u nas nocowała – i wyszłam na cichą ulicę.
Okolica była cicha. Latarnie rzucały długie żółte cienie. Arjun szedł szybko, nie skręcając w stronę głównej drogi.
Zamiast tego skierował się do domu swojej mamy.
Był tylko kilka domów dalej.