Tak, mam teraz osobne

Obie zamarły.

— Co powiedziałeś?

— Dość. Nie naciskaj. Nie krzycz. Nie obrażaj. Ona wyjeżdża — i może to dobrze. Nie wiem. Ale mam dość bycia między wami.

— Czyli ty ją popierasz?! Ona niszczy rodzinę! — głos matki przeszedł w pisk.

— Mamo, my już dawno nie mamy rodziny. My po prostu od dawna żyjemy z przyzwyczajenia.

Odwrócił się do Mirosławy.

— Jeśli chcesz, pojadę z tobą. Jeśli nie — zrozumiem.

Skinęła głową:

— Nie chcę. Dopóki nie dorośniesz.

Rano Mirosława stała na peronie. Plecak, torba z dokumentami, paczka listów po dziadku. Serce rwało się, ale ręce trzymały pewnie.

Siergiej nie przyjechał. Nie zadzwonił. Jelena Pawłowna pewnie ugotowała kaszę, jak zawsze o ósmej, i ze złością prychnęła, kiedy syn odmówił jedzenia.

Pociąg podjechał i Mirosława weszła do wagonu. Zrobiła krok w nowe życie.

Teraz stała na balkonie swojego nowego mieszkania — stary blok, odłażące płytki, ale widok na klasztorne kopuły. W Sergijew Posad wiosna pachniała czeremchą i świeżą ziemią.

Mieszkała tu już dwa tygodnie. Spała źle, ale budziła się wcześnie — i pierwszy raz od wielu lat czuła: jest u siebie. U siebie.

Mieszkanie okazało się lepsze, niż się spodziewała: dwupokojowe z balkonem, solidne, choć umeblowane jak w latach 80. Zwinęła dywany, wyrzuciła szafki, zdjęła portret Breżniewa z gwoździa. W kuchni elektryczny czajnik buczał jak samolot, ale woda się w nim gotowała — i smakowała jak wolność.