Obie zamarły.
— Co powiedziałeś?
— Dość. Nie naciskaj. Nie krzycz. Nie obrażaj. Ona wyjeżdża — i może to dobrze. Nie wiem. Ale mam dość bycia między wami.
— Czyli ty ją popierasz?! Ona niszczy rodzinę! — głos matki przeszedł w pisk.
— Mamo, my już dawno nie mamy rodziny. My po prostu od dawna żyjemy z przyzwyczajenia.
Odwrócił się do Mirosławy.
— Jeśli chcesz, pojadę z tobą. Jeśli nie — zrozumiem.
Skinęła głową:
— Nie chcę. Dopóki nie dorośniesz.
Rano Mirosława stała na peronie. Plecak, torba z dokumentami, paczka listów po dziadku. Serce rwało się, ale ręce trzymały pewnie.
Siergiej nie przyjechał. Nie zadzwonił. Jelena Pawłowna pewnie ugotowała kaszę, jak zawsze o ósmej, i ze złością prychnęła, kiedy syn odmówił jedzenia.
Pociąg podjechał i Mirosława weszła do wagonu. Zrobiła krok w nowe życie.
Teraz stała na balkonie swojego nowego mieszkania — stary blok, odłażące płytki, ale widok na klasztorne kopuły. W Sergijew Posad wiosna pachniała czeremchą i świeżą ziemią.
Mieszkała tu już dwa tygodnie. Spała źle, ale budziła się wcześnie — i pierwszy raz od wielu lat czuła: jest u siebie. U siebie.