Niechętnie wstał, sięgnął do zamka, przekręcił.
— A czemu to zamykacie drzwi, jak przed wrogami? Albo może już przede mną się chowacie? — Jelena Pawłowna weszła do mieszkania jak dyrektorka teatru na generalnej próbie. — Sierioża, kupiłam twoje ulubione. Ragout z wątróbki, pamiętasz? A tu u was chyba święto — czajnik gwizda. Mirosława, czemuś ty taka?
— Pakuję się — odparła krótko. — Wyjeżdżam do Siergijewa Posadu. Na zawsze.
Reklamówka w rękach teściowej opadła, jak ryba na słońcu.
— Co?! Po co niby?!…
— Mam tam teraz mieszkanie. Po dziadku. I zaczynam wszystko od nowa. Bez… — zacięła się, przełknęła ślinę, — bez presji.
— A Sierioża? Pomyślałaś o nim? On będzie pracował, a ty będziesz się tam lenić na piecu? Albo sąsiadów kusić, póki mąż haruje w Moskwie?!
Mirosława zamknęła oczy. Ręce drżały, ale głos brzmiał pewnie: