Siergiej patrzył, jakby pierwszy raz zobaczył w niej żywą istotę. Nie pomocnicę mamy, nie pośredniczkę w sprawach rodzinnych — kobietę, która może odejść.
— Ty zwariowałaś, Mir! Wyjechać tam, sama? A ja?
— Możesz pojechać. Ale pod warunkiem: mama nie jedzie. Ani na jeden dzień. Ani „pomieszkać, dopóki remont”. Tylko my. Albo ja sama.
— Stawiasz mnie przed wyborem między żoną a matką?
— Nie. Sam się tam postawiłeś, sześć lat po cichu połykając, jak nazywała mnie „darmozjadem”.
Odwrócił się do okna. Szła sąsiadka z śmieciami. Wszystko wyglądało zwyczajnie, poza tym, że w jego życiu właśnie coś pękało.
— Nie róbmy gwałtownych ruchów. Może tam w ogóle nie ma mieszkania… Pojedziemy, zobaczymy. A potem wrócimy.
— Nie. Ja tam zacznę od nowa.
— Od nowa? Sama? Bez pracy? Myślisz, że ktoś na ciebie czeka?
— Sierioż, ty zawsze byłeś miękki. Ale teraz jesteś po prostu tchórzem. A ja już się nie boję. Nie chcę zestarzeć się w trzypokojowym mieszkaniu z twoją mamą, która codziennie przypomina mi, że jestem zbędna.