— Andriusza się nie ożenił ponownie — wyrzuciła z siebie nagle teściowa. — Mieszka ze mną. Mówi, że wszystkie kobiety są interesowne, że nie można znaleźć dobrej.
Marina poczuła coś na kształt współczucia. Prawie.
— Pani Walentyno, po co pani tak naprawdę przyszła?
Teściowa milczała. Potem nagle zapytała, a w jej głosie zabrzmiała szczera bezradność:
— Jak? Jak ci się to udało? Przecież byłaś nikomu niepotrzebna, bez pieniędzy, bez perspektyw…
Marina wstała i podeszła do okna.
— Chce pani poznać sekret? — zwróciła się do Walentyny Pietrowny. — Szczęśliwy może być tylko ten, kto rozwija się i wzrasta sam, a nie ten, kto buduje swoje poczucie wartości, poniżając innych. Pani poświęciła całe życie, by kontrolować Andrieja, a potem mnie. A ja wybrałam rozwój — swój własny i u boku człowieka, który chce rozwijać się razem ze mną.
— Ale… — Walentyna Pietrowna patrzyła na nią niemal z przerażeniem. — Przecież byłaś nikim…
— Zawsze byłam kimś. Tylko pani widziała we mnie to, co było pani wygodne — darmową gosposię, opiekunkę, narzędzie do potwierdzania własnej władzy. Ale ja byłam i jestem człowiekiem. Z marzeniami, talentami i prawem do szczęścia.
Walentyna Pietrowna wstała. Nagle wyglądała na bardzo starą i bardzo samotną.
— Myślałam… — zająknęła się. — Naprawdę myślałam, że tak trzeba. Że tak jest dobrze.
— Wie pani, co w tym wszystkim najsmutniejsze? — powiedziała cicho Marina. — Gdybyście po prostu pozwolili mi być sobą, gdyby Andriej widział we mnie partnerkę, a nie służącą — może wciąż bylibyśmy razem. I wszyscy byliby szczęśliwi. Ale wy wybraliście kontrolę. A kontrola i szczęście nie idą w parze.
— Pani Walentyno.
Teściowa zatrzymała się w progu i obejrzała.
— Przyszła pani upewnić się, że jestem nieszczęśliwa, prawda? — zapytała Marina
— Masz rację. Właśnie po to przyszłam. Chciałam się przekonać, że cierpisz. A ty… ty jesteś szczęśliwa.
— Tak — odpowiedziała po prostu Marina. — Jestem szczęśliwa. I życzę szczęścia pani i Andriejowi. Ale ono przyjdzie dopiero wtedy, gdy przestaniecie budować je na cudzym nieszczęściu.
Walentyna Pietrowna skinęła głową i wyszła. Marina odprowadziła ją wzrokiem i wróciła do okna.
Na ulicy, w dole, szła młoda para — chłopak i dziewczyna trzymali się za ręce, śmiali się z czegoś. Jeszcze pięć lat temu Marina patrzyła na takich ludzi z zazdrością i rozpaczą, myśląc, że szczęście to coś nieosiągalnego, zarezerwowanego dla innych.
Teraz wiedziała: szczęście to wybór. Wybór bycia sobą. Wybór, by nie zdradzić samej siebie. Wybór rozwoju, a nie kurczenia się. A czasem ten wybór wymaga ogromnej odwagi — odwagi, by odejść, kiedy każą ci zostać; odwagi, by uwierzyć w siebie, kiedy wszyscy wokół powtarzają, że nic nie znaczysz.
Na biurku zawibrował telefon. Wiadomość od Dymitra: „Zabrałem dzieci z przedszkola. Sonia prosi, żebyśmy upiekli szarlotkę. Zdążysz na kolację?”