Serce Andre ścisnęło się lekko. Wtedy zauważył delikatny srebrny łańcuszek na jej szyi z małym owalnym medalionem. Pochylił się bliżej. Na odwrocie, elegancką czcionką, wyryto: „Evelyn Rose, 48 Oak Hill Drive, North Side”.
Oak Hill. Znał tę dzielnicę. Daleko – prawie dwie godziny jazdy rowerem, w większości pod górę.
Pomyślał o zegarku. Straci dostawę. Straci pokój. Będzie spał na mrozie. Ale gdy spojrzał w jej zamglone oczy i zobaczył dziecięce zaufanie, które pojawiło się tylko dlatego, że ktoś się zatrzymał – wiedział, że nie odejdzie.
– To kawał drogi, ale damy radę – powiedział cicho.
Pomógł jej usiąść na bagażniku, owinął siedzenie zapasowym szalikiem i oddał jej swoją kurtkę.
Niebo przybrało kolor lawendy, potem szarości, aż w końcu pociemniało zupełnie. Droga wznosiła się i zakręcała bez końca, lecz Andre pedałował dalej. Za nim Evelyn nuciła cicho, czasem milkła, pytała, gdzie są – i po chwili znów zapominała odpowiedź. Za każdym razem mówił tak samo, jakby po raz pierwszy:
– Już niedaleko. Za następnym wzgórzem.
Zatrzymali się na stacji benzynowej. Za ostatniego dolara kupił jej herbatę. Nalegała, by pierwszy łyk wziął on.
– Tobie bardziej potrzebna – powiedziała z czułą stanowczością, która przypomniała mu matkę.
Gdy dotarli pod 48 Oak Hill, było prawie 21:30. Nogi go bolały, dłonie zdrętwiały, ale poczuł ulgę.
Drzwi otworzył starszy mężczyzna w szlafroku. Jego twarz z przerażenia przeszła w niedowierzanie.
– Panno Evelyn! Dzwoniliśmy już do szpitali!