Andre poprawił pasek torby przewieszonej przez pierś i już miał ruszyć, gdy dostrzegł ruch przy przystanku. Coś w bezruchu starszej kobiety zwróciło jego uwagę – nie wyglądała jak ktoś, kto czeka, lecz jak ktoś, kto się zgubił. Odwracała się, rozglądała, spoglądała na własne stopy, jakby nawet one były jej obce.
Zawahał się. Czas uciekał. Każda minuta miała znaczenie – od niej zależała różnica między ciepłym łóżkiem a ulicą. Nagle wiatr przyniósł jej głos – słaby, drżący, wyraźnie przestraszony.
– Willow Lane… a może Garden… to był autobus numer 12? – słowa opadały jak suche liście. Nikt poza nim ich nie słyszał.
Nie wiedząc do końca dlaczego, Andre podszedł, prowadząc rower obok siebie.
– Przepraszam panią – powiedział łagodnie. – Wszystko w porządku?
Spojrzała na niego niepewnie, jak na dalekie wspomnienie.
– Próbuję wrócić do domu – odpowiedziała cicho. – Chyba spóźniłam się na autobus. A może to on spóźnił się na mnie… – zaśmiała się krucho, jak szkło bliskie pęknięcia.
– Gdzie pani mieszka? Może pomogę.
Zaczęła przeszukiwać torebkę. Chusteczka. Szminka bez nakrętki. Monety, guziki, bilet sprzed dwóch dni. Adresu – brak.