Na obrzeżach spokojnego miasteczka, wczesną zimą, gdy słońce wcześnie chowało się za przerzedzonymi drzewami, a latarnie uliczne migotały ospale, stary przystanek autobusowy stał opuszczony na końcu popękanego chodnika. Ludzie mijali go jak zawsze – jedni z ciężkimi torbami zakupów, inni wpatrzeni w telefony, jeszcze inni w pośpiechu, by zdążyć do domu przed zapadnięciem zmroku. Ale nikt na nią nie spojrzał.
Starsza kobieta stała samotnie, owinięta w beżowy wełniany płaszcz, który najlepsze lata miał już dawno za sobą. Srebrne włosy wystawały spod niegdyś białej, dzierganej czapki, a drobne dłonie kurczowo ściskały znoszoną skórzaną torebkę. Spoglądała na każdy przejeżdżający samochód, jakby któryś miał być tym właściwym. Jej usta poruszały się, mamrocząc coś o linii 12, o ulicy, która nie pasowała do okolicy. Co chwilę robiła krok w stronę krawężnika, po czym cofała się, a na jej twarzy malowało się coraz większe zagubienie.
Niedaleko zatrzymał się młody mężczyzna imieniem Andre, by napić się wody z wgniecionej metalowej butelki. Miał zaledwie osiemnaście lat, był chudy, naznaczony czasem i głodem. Nosił wyblakłą od wielu zim bluzę z kapturem i buty, które trzymały się razem raczej z przyzwyczajenia niż dzięki solidnemu wykonaniu. Jego stary rower stał oparty o ławkę – zardzewiały łańcuch, skrzypiące pedały i chwiejny bagażnik, który wyglądał, jakby miał odpaść przy najmniejszym dotknięciu. Należał do jego matki, a po jej śmierci stał się jedynym narzędziem pracy – dzięki niemu rozwoził paczki, zakupy i leki po całym mieście.
Zarobki ledwo starczały na życie, ale Andre pracował z cichą determinacją. Tego wieczoru miał do wykonania ostatnią dostawę przed godziną dwudziestą. Jeśli zdąży – będzie miał wystarczająco, by opłacić tygodniowy czynsz. Jeśli nie – właściciel jasno powiedział, że rano klucz nie przekręci się już w zamku.