Ludzie spieszyli się z torbami i pchali pełne wózki, pochłonięci ostatnimi przygotowaniami do świątecznej kolacji. W jednej z kolejek stała Kara Meinhard, trzydziestopięcioletnia, odnosząca sukcesy bizneswoman. Milcząca, zdystansowana, znana z chłodu w pracy, a jednocześnie głęboko samotna.
Nie miała dzieci ani partnera – tylko zbyt duży dom i puste wieczory. Rozglądała się bez większej uwagi, aż jej wzrok przyciągnął obraz, który ścisnął jej serce. Przed nią stał młody, wyraźnie zmęczony mężczyzna, próbujący uspokoić dwóch głośno płaczących chłopców. Byli wyraźnie głodni.
Ojciec, z oczami pełnymi udręki, trzymał w ręku jedyne opakowanie mleka.
– T-tata zaraz da wam coś do jedzenia. Jeszcze chwila – mówił, głaszcząc synów po głowach.
Kasjer zeskanował kod kreskowy. Ojciec gorączkowo przeszukiwał kieszenie, potem plecak, znów kieszenie. Nic. Na jego twarzy pojawiła się rozpacz.
– Przecież miałem te pieniądze…
– Przysięgam, proszę pana, miałem – wyjąkał zawstydzony.
Kasjer, wyraźnie zniecierpliwiony, odpowiedział sucho:
– Muszę anulować zakup, jeśli pan nie zapłaci. Inni czekają.