Po drastycznym wypadku Kamili Sellier: dlaczego w short tracku niemal nikt nie zakłada ochronnych masek, skoro można dwukrotnie zdobyć w niej złoty medal i na dodatek zachować nienaruszoną twarz? Polka jest wciąż w szpitalu. Czekają ją teraz testy ruchomości gałki ocznej.
Kamila Sellier doznała bolesnego i niebezpiecznego urazu w biegu ćwierćfinałowym na 1500 m. Gdy upadła na lód, została uderzona płozą łyżwy rywalki. Końcówka płozy trafiła tuż pod okulary ochronne, jakie Polaka miała na twarzy. Dla zachowania intymności ekipa ratowników zasłoniła leżącą Polkę. Po założeniu pierwszego opatrunku zawodniczkę wyniesiono z lodowiska na noszach. Wtedy podniosła kciuk do góry, żeby dać znać, że jest przytomna.
Ze szpitala przyszły informacje o tomografii, uszkodzonej kości jarzmowej, odprysku kostnym i o udanym zabiegu oczyszczającym ranę. Sellier pozostała w szpitalu na kolejne badania i – według informacji z ekipy – nie spała w nocy zbyt dużo. W ciągu dnia czekają ją kolejne badania, w tym ruchomości gałki ocznej.
Oglądając wypadek, wspominając historię podobnych wypadków – w tym z udziałem Kamili Sellier – a potem znając ich konsekwencje, można się zastanowić, dlaczego ani ona, ani większość zawodników i zawodniczek nie nosi masek chroniących całą twarz. W short tracku praktycznie nie ma biegu, w którym do mety dobiegłaby taka sama liczba zawodników lub zawodniczek, jaka stanęła na starcie. Dlatego używa się tu strojów nieprzecinających się, z kevlaru. A i tak zdarza się cięcie: w biegu, w którym doznała urazu Polka, przecięty został na plecach kombinezon Arianny Fontany, najbardziej utytułowanej włoskiej zawodniczki.
Obecnie tylko dwie łyżwiarki zdecydowały się na używanie masek ochronnych na twarzy. Są to siostry Xandra i Michelle Velzeboer. Starsza – Xandra – zdobyła w Mediolanie dwa złote medale, na 1000 i na 500 m, w obu konkurencjach używając maski na całą twarz.
W 2024 r. maski dla swoich córek skonstruował Mark Velzeboer, przy współudziale łyżwiarza Diederika van der Steena i projektanta Leona Zautsena. Bezpośrednią inspiracją był koszmarny wypadek Jensa van t’Wouta w 2019 r. Uderzony łyżwą przez izraelskiego zawodnika Vladislava Bykanova Holender był o włos od śmierci. Ostrze rozorało mu twarz, wybiło dwa zęby i ukruszyło trzeci. Wielka blizna deformująca usta jest wciąż widoczna i z tego powodu powszechnie jest nazywany Scarface, sam sobie nadał przezwisko. Mało tego, chlubi się też złotym zębem, który sobie wstawił w miejsce jednego z wybitych. Mimo wypadku tylko przez krótki czas po powrocie testował jazdę w masce. W Mediolanie zdobył trzy złote medale (1000, 1500 i sztafeta 5000) oraz brązowy na 500 m.
Maska sióstr Velzeboer jest przymocowana do kasku specjalnymi uchwytami. Posiada szesnaście otworów wentylacyjnych po około dwa centymetry średnicy każdy. – Obecnie wszyscy noszą okulary, aby chronić oczy, ale dzięki kaskowi cała twarz jest chroniona, jeśli płoza łyżwiarza wystrzeli w twarz podczas wypadku – wyjaśniała Xandra Velzeboer w holenderskim portalu NOS wkrótce po zatwierdzeniu wynalazku przez holenderską federację łyżwiarską, a następnie przez międzynarodową, ISU. – Gdyby to ode mnie zależało, wszystkie nosiłybyśmy takie maski podczas wyścigów.
Mark Velzeboer wcześniej wynalazł również ochraniacz na szyję dla swoich córek, bowiem szyja i twarz jest najmniej chroniona. – Jeździmy z dwoma ostrymi nożami na nogach – przyznała w “Eurosporcie” łyżwiarka Gabriela Topolska. Ale nawet ona nie jest pewna, czy obligatoryjne noszenie masek na twarz byłoby wskazane. – Takich wypadków jest jednak mało, a maski się zsuwają – powiedziała. Ale nie zsuwanie jest podobno największym problemem jazdy w masce, ale poczucie zawodników, że ogranicza ona dostęp powietrza. Xandra Velzeboer mówiła, że zajęło jej sporo czasu, żeby się przystosować.