Thea schyliła się i podniosła zeszyt. Jej dłonie nie drżały. „Przepraszam, panie profesorze.”
Hayes uśmiechnął się z wyższością. Odwrócił się do tablicy i zapisał równanie. „Proszę to rozwiązać w dziesięć minut. Dostanie pani piątkę. Albo przyzna pani, że to za trudne, i oszczędzi nam wszystkim czasu.”
To nie był pierwszy raz, gdy ją publicznie upokorzył. Uniwersytet Whitmore, w sercu Bostonu, był lśniącym symbolem prestiżu i starych pieniędzy. Profesor Edmund Hayes był tu legendą. Miał 58 lat i ponad 200 publikacji. Niekwestionowany król wydziału. Jego seminarium z zaawansowanej teorii liczb studenci nazywali „marszem przez ogień”. Kto przetrwał u Hayesa, temu otwierały się wszystkie drzwi. Ale tylko tym, których Hayes uznał za godnych.
Thea Gibson, 19 lat, pełne stypendium, Atlanta. Jej matka sprzątała szkoły. Ojca nigdy nie poznała. Rachunek różniczkowy i całkowy opanowała sama, z książek z biblioteki. W Whitmore otaczali ją studenci, których rodzice byli profesorami Harvardu albo od urodzenia przygotowywali ich do tej chwili. Hayes poprawiał jej prace czerwonym długopisem, nawet gdy odpowiedzi były poprawne.
Tego dnia Thea patrzyła na tablicę. Zadanie dotyczyło funkcji L Dirichleta. Udowodnić, że nietrywialne zera w pierwszych 100 przypadkach leżą na prostej krytycznej, albo podać kontrprzykład.
To był poziom studiów doktoranckich. Hayes tak to zaplanował, by było niemożliwe do rozwiązania w dziesięć minut. Może nawet w dziesięć tygodni. Ale Thea dostrzegła coś ukrytego w zapisie — strukturę, wzór, który rozpoznała.