Nabijali się ze mnie, bo byłem synem śmieciarki… ale na zakończeniu szkoły powiedziałem jedno zdanie, którego nigdy nie zapomną.

Westchnął.

— Liam, twój adres nie jest wyrokiem.

W ostatniej klasie położył na mojej ławce elegancką broszurę. Rozpoznałem logo jednego z najlepszych wydziałów inżynieryjnych w kraju.

— Chcę, żebyś tu złożył podanie.

Patrzyłem, jakby proponował mi przeprowadzkę na Marsa.

— Nie mogę zostawić mamy. Bierze podwójne zmiany. W nocy sprząta biura. Pomagam jej.

— Nie mówię, że będzie łatwo. Mówię, że zasługujesz na wybór. Nie mów „nie” w imieniu świata. Najwyżej to oni ci odmówią.

Pomógł mi też z esejem. Pierwsza wersja była pełna pustych fraz: „Lubię matematykę i chcę zmieniać świat”.

Przeczytał i pokręcił głową.

— To mógł napisać każdy. Gdzie jest Liam?

Więc napisałem naprawdę.

O budzikach przed świtem. O pomarańczowych kamizelkach. O butach ojca stojących przy drzwiach jak puste miejsce. O mamie, która uczyła się dawek leków, a teraz dźwigała zbyt ciężkie worki.

I o najgorszym: o kłamstwach.

O tym, że mówiłem, że mam przyjaciół.

Kiedy skończyłem, profesor Anderson milczał chwilę.