Bez korepetycji, bez płatnych kursów, bez drogich testów przygotowawczych. Tylko karta biblioteczna, stary laptop kupiony z oszczędności zbieranych grosz po groszu i upór, o którym nie wiedziałem, że go mam.
Siedziałem w bibliotece do zamknięcia: algebra, fizyka, wszystko, co wpadło mi w ręce.
Wieczorami, kiedy ja zapełniałem zeszyty, mama wysypywała na kuchenną podłogę worki z puszkami, żeby je posegregować i dorobić kilka złotych.
Czasem zerkała na moje notatki i pytała z niedowierzaniem:
— Ty naprawdę to rozumiesz?
— Mniej więcej.
Uśmiechała się, jakby to już było zapisane w gwiazdach.
— Zajdziesz daleko. Dużo dalej niż ja.