A potem pewnego dnia pękł pas zabezpieczający.
Tata nie zdążył dojechać do szpitala.
Od tego momentu nasze życie stało się szeregiem liczb: wizyty, dokumenty, raty, zaległości, pogrzeb, czynsz, który nie czeka, zakupy, których nie opłaci się dobrymi chęciami. W kilka tygodni mama z „studentki z przyszłością” stała się „wdową bez dyplomu z dzieckiem”.
Nikt nie zaproponował jej godnej pracy z ludzkimi godzinami.
Za to zakład oczyszczania miasta nie pytał o wykształcenie ani o historię. Wymagał tylko jednego: być przed świtem. I być codziennie.
Więc założyła pomarańczową kamizelkę, wciągnęła rękawice, wskoczyła na tył śmieciarki i stała się — dla świata — „tą od śmieci”.
A ja, siłą rzeczy, stałem się „synem śmieciarki”.
W podstawówce mówili to głośno, bez cienia wstydu. Kiedy siadałem obok kogoś w ławce, zawsze znalazł się ktoś, kto robił minę.
— Śmierdzisz.
W gimnazjum to był stały spektakl: przechodziłem korytarzem, a ktoś demonstracyjnie zatykał nos, jakbym zanieczyszczał powietrze.
W liceum nie trzeba już było wyzwisk. Wystarczały drobiazgi: odsuwane o kilka centymetrów krzesła, kiedy podchodziłem; przytłumione chichoty; udawane odruchy wymiotne; porozumiewawcze spojrzenia.
Nauczyłem się więc szkoły jak drogi ewakuacyjnej.