Monique Duval na chwilę pobladła. Błyszczący lureks jej kostiumu nagle wydał się śmieszny na tle wyblakłych desek i zapachu żywicy.
Gdy wszyscy zasiedli przy długim drewnianym stole pod starą gruszą, powietrze było ciężkie od zapachu węgla i mięsa. Rozmowa jednak się nie kleiła. Daniel siedział zgarbiony, jego dłonie pełne były drobnych drzazg. Monique prawie nie jadła, od czasu do czasu rzucając Kamili spojrzenie, w którym kryło się coś między oskarżeniem a zagubieniem. Wtedy Adrien Marten odłożył widelec. — Wiecie — powiedział spokojnie — szacunek w rodzinie mierzy się nie tym, kto komu rozkazuje, lecz tym, kto jest gotów stanąć obok. Moja córka nie jest niczyją służącą. A mój przyszły zięć też nie jest darmową siłą roboczą. Wszyscy jesteśmy dorosłymi ludźmi.
Monique próbowała coś powiedzieć, lecz on łagodnie kontynuował: — Jeśli chcecie, by waszego syna traktowano z szacunkiem, zacznijcie od szacunku wobec mojej córki. Cisza była niemal namacalna. Kamila czuła, jak serce bije jej w skroniach. Daniel nagle się wyprostował. — Mamo… — spojrzał na Monique tak jak nigdy wcześniej. — Naprawdę wtedy przesadziłaś. I ja też. Powinienem był stanąć w obronie Kamili.