Kelnerka z plakietką z imieniem Mara poruszała się cicho między stolikami, jej uśmiech był uprzejmy, lecz zmęczony. Miała może trzydzieści lat, a w jej oczach widać było ciężar zbyt wielu nieprzespanych nocy. Gdy pochyliła się, by nalać kawy, Rex dostrzegł coś pod maską wymuszonej pogody ducha – delikatny siniak na linii żuchwy, częściowo ukryty pod makijażem. Taki, którego żaden podkład nie potrafi naprawdę zakryć.
Nie pierwszy raz widział coś takiego. Obudziło to wspomnienia z jego przeszłości – tej, która wciąż nawiedzała go w zbyt długie noce. Mara pracowała w milczeniu, z opuszczonym wzrokiem. Jej dłonie lekko drżały, gdy stawiała przed nim talerz. Spojrzenie Rexa zatrzymało się na niej – nie z gniewem, lecz z troską.
Nie powiedział ani słowa, ale w środku coś się w nim przesunęło – cicha wściekłość zmieszana z bólem, którego nie czuł od lat. Widział w jej strachu samego siebie. Lata temu stracił kogoś, kogo kochał, przez ten sam rodzaj bólu, o którym nikt nie mówił – ból ukryty za zamkniętymi drzwiami. To wspomnienie było pogrzebane pod warstwami twardości.
Teraz jednak, stojąc naprzeciw zranionej kelnerki, wypłynęło na powierzchnię.
Na zewnątrz niebo poszarzało, a wiatr zaczął zamiatać kurz z parkingu. Inni motocykliści śmiali się między sobą, ale Rex ich nie słuchał. Obserwował, jak Mara znika na zapleczu, z opuszczonymi ramionami.