— Podpisz — powiedziała. Jej głos nie zadrżał. Był spokojny, niemal wyuczony, jakby przećwiczyła ten moment setki razy, zanim zapukała do moich drzwi. — Podpisz, a wszystko ci wyjaśnię.
Nazywam się Marcus. Mam 29 lat. Mieszkam sam w dwupokojowym mieszkaniu w Austin w Teksasie. To taki typ miejsca, gdzie klimatyzacja latem ledwo daje radę, a ściany są na tyle cienkie, że słychać telewizor sąsiada. Pracuję jako koordynator logistyki w firmie transportowej. Nic spektakularnego. Tabele, telefony i kawa, która nigdy nie jest wystarczająco mocna.
Moje życie było zwyczajne, przewidywalne, bezpieczne. Lubiłem je takie. Bez niespodzianek, bez chaosu. Tylko ja, moja rutyna i okazjonalne piwo w weekend z kumplem Travisem.
A potem była Nadia. Młodsza siostra Travisa, dziewczyna, która w liceum przewracała oczami na nasze żarty. Nie widziałem jej prawie cztery lata. Aż do dzisiejszego wieczoru.
Wyglądała inaczej. Starsza, bardziej zmęczona, jakby życie przygniotło jej ramiona i zapomniała, jak się prostować. To nie była ta głośna, sarkastyczna Nadia, którą pamiętałem. Ta wersja wyglądała, jakby niosła coś zbyt ciężkiego, by to wyjaśnić.
— Nadia — powiedziałem powoli, wciąż wpatrując się w papiery. — Co to jest? To jakiś żart?
Nie zaśmiała się. Nie uśmiechnęła. Spojrzała na mnie tymi zmęczonymi oczami i powiedziała coś, co ścisnęło mi klatkę piersiową.