Dzień minął w smutnej rutynie. Cláudia sprzątała, porządkowała ogromną kuchnię i spiżarnię pełną nietkniętego jedzenia. Wielki stół na dwanaście osób pokrywała cienka warstwa kurzu, jakby nawet dom przestał wierzyć w kolacje.
Na obiad Sônia zaniosła tacę: zupa, tosty, owoce wycięte w gwiazdki, sok pomarańczowy. Piętnaście minut później wróciła z nietkniętym jedzeniem i wyrzuciła je z przyzwyczajonym gestem porażki.
Po południu Sônia wyszła na zakupy. Cláudia została sama z ogromną ciszą. Gdy porządkowała pod zlewem, usłyszała tępy huk na górze.
Pobiegła.
Drzwi do pokoju były uchylone. Marina klęczała na podłodze, drżąca, z wyciągniętymi rękami ku pudełku stojącemu zbyt wysoko na szafie. Była tak słaba, że ten gest wyglądał jak ostatnia próba przed poddaniem się.
— Mogę pomóc? Nie zabiorę ci tego. Tylko… nie chcę, żebyś zrobiła sobie krzywdę.
Marina odwróciła się gwałtownie. Po raz pierwszy coś przemknęło przez jej twarz — nagi, dziki strach. Cláudia zatrzymała się natychmiast, pokazując otwarte dłonie.
Po długiej chwili dziewczynka opuściła ręce. Cláudia podała jej pudełko jak coś świętego.
W środku były zdjęcia.