María Cortés nauczyła się kurczyć tak, jak niektórzy uczą się oddychać.
Nieumyślnie. Nie poprzez jedno postanowienie typu: „Od dzisiaj stanę się mniejsza”.
Stało się to powoli — pięć lat małżeństwa z Leonardem „Leo” Aguilarem ścierało ją aż idealnie wpasowała się w kąty jego życia.
Mów ciszej. Zadawaj mniej pytań. Uśmiechaj się na znak. Nie psuj nastroju. Nie zawstydzaj go. Nie zajmuj powietrza.
Nie chodziło o to, że Leo ją bił. Nie rękami.
Uderzał tonem. Pauzami. Tym, jak potrafił spojrzeć przez nią w pokoju pełnym ludzi, jakby była meblem, którego przerósł.
A w sobotnią noc, gdy nalegał, by uczcić ich piątą rocznicę „w wielkim stylu”, María poczuła, jak ostatnia warstwa jej samej zostaje zeskrobana przed pięćdziesięcioma gośćmi.
Ich dom przy Calle de los Arces w strzeżonej dzielnicy pod Querétaro świecił ciepłym światłem i pieniędzmi: przystawki z cateringu na srebrnych tacach, importowane perfumy unoszące się nad zapachem pieczonego mięsa, delikatny jazz grający jak droga iluzja.
Świat Leo wypełniał pokoje — partnerzy, klienci, „przyjaciele”, którzy śmiali się zbyt głośno i mówili liczbami, jakby to był jedyny język wart poznania.