Wyniosłam dziadka na rękach,

Kolejne tygodnie minęły jak we mgle: przesłuchania, dokumenty, tymczasowa opieka prawna, odzyskiwanie akt własności. Umowę sprzedaży domu unieważniono. Pieniądze, które rodzice zdążyli wydać, stały się osobnym zarzutem.

Proces był jawny. Twardy. Bez taryfy ulgowej za słowo „rodzina”.

Nie prowadziłam sprawy. Siedziałam na sali jako obserwator. Czasem nasze spojrzenia się spotykały — i nie było w nich już władzy. Tylko strach.

Wyrok był surowy. I sprawiedliwy.

Wiosną dziadek zamieszkał ze mną. Uczyliśmy się życia od nowa — bez lęku. Długo siedział przy oknie, pił herbatę i czasem mówił:

— Znowu czuję się człowiekiem.

Pewnego wieczoru spojrzał na mnie uważnie.

— Zawsze chcieli cię złamać — powiedział. — A ty stałaś się silniejsza.